Jedną z pierwszych osób, jakie z gratulacjami zadzwoniły do świeżo upieczonego wicewojewody Jerzego Borowca, była Maria Gwóźdź, jego wychowawczyni z LO im. Norwida.
- Była najwspanialszym pedagogiem, jakiego spotkałem podczas swojej edukacji – mówi były uczeń. – Swego czasu imponował mi hippisowski luz i swoboda. Niezależność manifestowałem w poglądach i działaniu, buntowałem się przeciw wszelkim nakazom. I wtedy trzeba było takiego pedagoga jak pani Gwoździowa, która w tym wszystkim widziała naturalny a nieszkodliwy odruch i bardzo pobłażliwie podchodziła do naszego młodzieńczego buntu.
Niezależność pozostała mi do dziś. Nie wyrosłem też z rocka, którego namiętnie słuchałem w czasach szkolnych. Nie znudziła mi się też literatura science-fiction, którą fascynowałem się jako nastolatek. Nie przepuszczę w telewizji żadnego programu i filmu o tematyce fantastyczno-naukowej, nie daruję sobie horrorów. Lubię przenoszenie się w inną rzeczywistość. Interesuje mnie wszystko, co nie związane jest z tu i teraz.
Wicewojewoda skończył “Norwida”, ale nie urodził się i nie wychował w Tychach. Miastem jego dzieciństwa jest Częstochowa.
Chciał być leśnikiem, ale ojciec – leśnik – odradził mu tę drogę, wylądował więc na Wydziale Ogrodniczym Akademii Rolniczej w Poznaniu.
- Na studiach nie interesowała mnie polityka. Nie należałem do żadnej organizacji, nie przyłączałem się do strajków – wspomina. – Do partii (ale nie TEJ) zapisałem się dopiero w roku 1985 jako pracownik Wojewódzkiego Ośrodka Postępu Rolniczego w Łodygowicach. Tylko dlatego, że jako kierownik miałem dość stawiania mnie przed decyzjami podjętymi na zebraniach silnej w tamtym zakładzie POP PZPR. Podejmowanie ich w tamtym gronie, a nie na zebraniach produkcyjnych miało mnie zmobilizować do przyłączenia się do partii. Ale ja nigdy od tamtej partii nie chciałem się uzależnić.
Kolega zaproponował mi Stronnictwo Ludowe. Kiedy poszedłem na pierwsze zebranie, jako obserwator, myślałem, że zaraz po wyjściu nas pozamykają. To, co tam usłyszałem, było odważniejsze od audycji “Wolnej Europy”. Spodobał mi się program i wstąpiłem do ZSL. Ale niezależność poglądów zachowałem. Nadal mówię, co myślę, nawet partyjnym kolegom.
W PSL nigdy, na szczęście, nie było tak, że za krytykę się wylatuje. Góra z dołem w tym ugrupowaniu zawsze się liczyła. Nie zawsze podobały mi się wypowiedzi niektórych liderów, ale nigdy nie myślałem zmieniać barw.
Koniunkturalne działanie nie jest w moim stylu.
Jako wicewojewoda odpowiedzialny m.in. za rolnictwo, Jerzy Borowiec wróci do swojego wykształcenia i wieloletnich doświadczeń nabytych w czasie pracy zawodowej.
- Moje studia na Akademii Rolniczej były konsekwencją zainteresowania ogrodnictwem, jakie rozbudziła we mnie praca w tyskim kombinacie ogrodniczym – opowiada. – Po studiach cztery lata pracowałem w łodygowickim gospodarstwie produkcyjno-wdrożeniowym, potem wróciłem do kombinatu, który został wchłonięty przez “Iglopol”.
Zmieniła się więc nazwa, ale nie praca. Dopiero potem, kiedy zakład zaczął się chylić ku upadkowi, spróbowałem swoich sił we własnej działalności gospodarczej, też powiązanej z rolnictwem (zajmowałem się eksportem płodów rolnych do ówczesnej Czechosłowacji). W połowie lat 90. odszedłem nieco od rolnictwa i zająłem się działalnością handlowo-marketingową w agencji reklamowej, co dało mi cenne doświadczenia w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi i znajdowaniu się w różnych okolicznościach. Jako wiceprezydent Tychów zająłem się problematyką społeczną, która jeszcze w czasie studiów tak bardzo mnie zainteresowała, że omal nie wygrała z rolnictwem (nosiłem się z poważnym zamiarem przeniesienia na socjologię).
Socjologiem jest żona wicewojewody, Elżbieta Borowiec, która od lat pracuje w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Tychach. O socjologii myśli ich najstarsza córka Ola, która we wrześniu będzie uczennicą czwartej klasy LO im. Norwida. Młodsza o dwa lata Marta skłania się raczej ku anglistyce. Obie są bardzo dumne z ojca.
Do jego częstej nieobecności w domu zdążyły przywyknąć, ale wakacje z rodzicami na Suwalszczyźnie były odwieczną tradycją.
- W tym roku po raz pierwszy pojedziemy tam same – powiedziała pani Elżbieta. – Chciałabym tylko, by w swojej nowej pracy mąż znajdował czas na wędkowanie. To go wspaniale odpręża.
Autor artykułu: JOLANTA PIEROŃCZYK