Tkaniny w BWA

July 16th, 2002

Do końca miesiąca w Galerii Bielskiej BWA oglądać można tkaniny Haliny Gocyły-Kocyby. Ich kolorystyka, niezwykła kompozycja wydają się być raczej wynikiem mistrzowskich pociągnięć pędzla, którym artysta robić może co zechce. Ogromne przestrzenie zapełnione finezyjnie połączonymi nitkami wydają się nierealne, a wystawę nie bez kozery zatytułowano “Teatr tkanin”. Bielska artystka korzysta ze wszystkich możliwych technik. Są tu plecionka, okrętka, cerowanie, dzierganie, technika zbliżona do gipiury, rodzaje swoistego patchworku. W ciągu kilkudziesięciu lat aktywnej twórczości wypracowała własną technikę, nazywaną ogólnie okrętkową. Najpierw szyje igłą wąskie reliefowane linie, które następnie służą do układania kształtów i barw. Tak wykonane precyzyjne elementy mającej powstać kompozycji są łączone w różny sposób. Właśnie to łączenie stanowi istotę rzeczy. Jedne mienią się kolorami, inne utrzymane są w jednolitej tonacji. Często pojawia się w nich srebrna lub złota nitka, co pozwala tkaninom mienić się interesująco, daje złudzenie ruchu.

Autor artykułu: (net)

Netia wyłączyła telefon firmie, która zalegała z płatnością… dwa dni

July 15th, 2002

Netia wyłączyła telefon firmie, która zalegała z płatnością… dwa dni
Firma pani Marii Zając z Bytomia ma kilka linii telefonicznych, w tym jedną Netii. Kilka dni temu, rano, ku zaskoczeniu szefowej okazało się, że telefon Netii jest zablokowany. Możliwe były tylko rozmowy przychodzące.

- Spędziłam ponad godzinę przy telefonie, usiłując dodzwonić się do klienta. Dopiero po tym czasie dotarło do mnie, że telefon jest wyłączony. Okazało się, że na skutek przeoczenia rachunek za telefon został zapłacony dwa dni później. Wcześniej do sekretariatu zadzwonił jakiś mężczyzna z Netii, informując o tym, że zalegamy kilka dni z płatnością.

Natychmiast uregulowałam rachunki, na co mam dowody wpłat i zapłacone faktury. Telefon w moim biurze, mimo wysłania faksem dowodów wpłaty, nadal milczał – żali się zdenerwowana pani Maria.
Jolanta Ciesielska, rzecznik prasowy Netii, twierdzi, że na pewno nie wyłączono telefonu po dwóch dniach zwłoki z płatnością.

- Sprawdziliśmy. Okazuje się, że zwłoka w płatności, jaką widzimy na komputerze, wynosi 42 dni. Do tej pory na naszym koncie nie ma też pieniędzy od tej firmy. Może pieniądze są zapłacone, ale my tego w naszych komputerach nie widzimy? Zwykle dajemy klientowi jeszcze dodatkowych piętnaście dni po upływie terminu płatności faktury. Nie możemy jednak pozwolić na to, by zadłużenie klientów względem Netii rosło. Tak robią wszyscy operatorzy – tłumaczy Ciesielska. Dzień później Netia włączyła telefon bytomiance. Jednak stało się to po karczemnej awanturze, jaką w biurze Netii urządziła właścicielka wraz ze swoim wspólnikiem.

- Jeśli rzeczywiście groziło mi wyłączenie telefonu, to chyba tak jak w cywilizowanym świecie powinnam dostać jakieś upomnienie. Tam, czarno na białym, powinno być napisane, że mam zapłacić rachunek na przykład w ciągu siedmiu dni i, że jeśli tego nie zrobię, to wyłączą linię.

A tymczasem dzwoni ktoś, kto rozmawia z sekretarką, informując o zaległości. Ja reguluję rachunki, a oni wyłączają telefon. Nawet gdybym miała rzeczywiście takie zaległości jak twierdzą, chociaż to nieprawda, to nie powinni byli tak postąpić – podkreśla właścicielka firmy.

W Netii sprawę tłumaczy się względami ekonomicznymi. Rosnące zadłużenie klientów, którzy nie płacą rachunków, to tzw. złe długi.

- Wśród operatorów telefonicznych, także komórkowych problem “złych długów” to nic nowego. Wszyscy starają się ich unikać. Dlatego wyłączają telefony do momentu uregulowania przeterminowanych faktur. To nie jest odosobniony przypadek. Takich spraw jest bardzo wiele, a chodzi o pieniądze. Nie możemy nikomu dawać długoterminowych kredytów – twierdzi Ciesielska.

Dlaczego Netia “nie widzi” wpłat, dokonanych przez bytomską firmę, nie wiadomo.

- Nie jesteśmy na szczęście skazani tylko na tego operatora – mówi pani Maria.

Autor artykułu: ANNA DZIEDZIC

Schody, schody…

July 15th, 2002

Od 14 lat obsługuje ten sam rejon.Po powrocie z urlopu czekała na niego niespodzianka – priorytety. Pracuje na poczcie już od 14 lat. Od 13 i pół codziennie przemierza te same ulice. Nic dziwnego, że traktowany jest tam jak dobry znajomy i sąsiad. Andrzej Poloczek zna bowiem wszystkich mieszkańców z ul. Batorego i jej przecznic.

- Miałem szczęście, bo gorzej jest być “skoczkiem” – śmieje się pan Andrzej, który jest zadowolony, że obsługuje ten sam rejon od lat. – Znam ich, często wysłuchuję ich zwierzeń, wiem, jakie mają problemy, a jakie sukcesy – mówi. – Często mam mnóstwo przesyłek i powinienem iść dalej, ale czasem warto poświęcić trochę czasu i ich wysłuchać. Spędzam z nimi przecież pół życia!

Mieszkańcy rejonu pana Andrzeja doskonale wiedzą, co do minuty, o której będzie pod ich domem i wypatrują go z okien.
- Kiedyś zdarzyło się, że kilka dni chodziłem wcześniej – mówi pan Andrzej. – Pewna pani nie widziała mnie przez 2-3 dni i… zadzwoniła na pocztę, zapytać, co się ze mną dzieje.
Dzień pracy pana Andrzeja zaczyna się o 7.00 rano. Wtedy w rozdzielniach przekazów czy korespondencji, priorytetów (to nowinka, do której na razie się przyzwyczaja) i listów zwykłych dostaje listy, które trzeba dostarczyć ludziom.

Wszystko trzeba najpierw ułożyć w sortownikach. Około godziny 8.00 wychodzi w miasto. Torba listonosza nie jest lekka – waży od 8 do 15 kilogramów. Gdyby mierzyć trasę, którą trzeba przemierzyć każdego dnia, okazałoby się, że to co najmniej 8 km. – A zdarzają się dni, kiedy jest tak dużo przesyłek, że pokonuję nawet 15 km! – mówi Poloczek.

Ta trasa to przede wszystkim zasługa… schodów. – W moim rejonie przeważają czteropiętrowe bloki i stare kamienice bez wind – opowiada Poloczek. – Schody, schody i jeszcze raz schody – to moja codzienność. Ale spotykam sympatycznych ludzi i to jest fajne. Poza tym, już dawno się przyzwyczaiłem i dzięki schodom nie mogę narzekać na kondycję.

Czasem zdarzają się też rzeczy niecodzienne. – Wiele lat temu przyniosłem do jednego z mieszkań zawiadomienie o wygraniu sporej sumy pieniędzy – wspomina. – Szczęśliwcy odwdzięczyli mi się niezłym napiwkiem. Ale na co dzień w takim samym stopniu przynoszę dobre wieści, jak i złe.

Czas po pracy 36-letni Andrzej Poloczek najchętniej spędza z rodziną: żoną i dwiema córkami – gimnazjalistkami. Chociaż codziennie pokonuje na własnych nogach wiele kilometrów, wcale nie ma dość chodzenia. Właśnie wrócił z urlopu w Ustroniu, gdzie oczywiście… chodził po górach. – Ale tylko jedna z córek dała się namówić na te eskapady – śmieje się.

Autor artykułu: DOROTA NIEĆKO

Sprzed wieków

July 15th, 2002

Po raz drugi grupa archeologów prowadziła wykopaliska wokół kościoła Wszystkich Świętych w Gliwicach. Podczas dwutygodniowych prac natrafili nie tylko na zbiorowe mogiły ze średniowiecza. Pod ziemią znaleźli także wiele przedmiotów, które niekoniecznie były związane z obyczajami chrześcijańskich pochówków.

- Przy świątyni koncentrowało się życie w dawnych czasach. Niewykluczone, że poza cmentarzem był tu przez jakiś czas bazar, na którym odbywały się transakcje handlowe. Udało nam się natrafić na kilka bardzo zniszczonych monet oraz fragmenty ceramiki – mówi prowadzący badania Mirosław Furmanek z gliwickiego Muzeum.

Prace archeologiczne przy zabytkowym kościele rozpoczęto dwa lata temu. Wtedy studenci natrafili na zbiorowe średniowieczne groby dzieci oraz całych rodzin. Prawdopodobnie przyczyną śmierci w tak młodym wieku była zaraza lub najazdy. Wszystkie z 37 mogił udokumentowano, a szczątki kości zabrane zostały do analizy. Po zbadaniu fizyko-chemicznym zębów okazało się, że pragliwiczanie odżywiali się znaczne lepiej niż w innych osadach. Ich pożywienie było znacznie bogatsze niż w ówczesnym Krakowie.

W tym roku archeolodzy natrafili dodatkowo na zapomnianą mogiłę. Badali także resztki fundamentów i murów jakie znajdują się płytko pod ziemią. W czasie wykopalisk znaleźli także wiele unikatowych przedmiotów: m.in. stare szkaplerzyki, czy krzyżyki. W identyfikacji niektórych z eksponatów pomagał proboszcz parafii Wszystkich Świętych.

Gliwiczanie przyglądali się pracom archeologów z duża uwagą. Wykopaliska stały się szybko miejscem, w którym spotykali się miłośnicy historii i legend.

- Podobno po jednym z pożarów kościół odbudowano w ciągu zaledwie miesiąca. Znalazłem także legendę, że jeden z pochowanych duchownych na cmentarzu świątyni przemieniał się w nocy w kota i można go było spotkać na gliwickiej starówce – zapewniali przechodnie, zatrzymując się przy wykopaliskach.

Autor artykułu: (mik)

Przegrała, bo była za dobra!

July 12th, 2002

Rodzice posyłający swoje dzieci do Ogniska Pracy Pozaszkolnej nr 2 są oburzeni. Dotychczasowa dyrektorka tej placówki, Maria Popławska nie wygrała konkursu na kolejną kadencję. Jeden z proszących o anonimowość magistrackich urzędników powiedział nam, że członkom komisji nie podobało się to, że dyrektor Popławska miała za dużo dobrych pomysłów, a na dodatek chciała nieco “przewietrzyć” sposób działania placówki…

Jeden z rodziców mówi:
- Pani Popławska sprawiła, że ta placówka zaczęła żyć, przychodziło tu mnóstwo młodzieży. Czy ludziom z inicjatywą należy podcinać skrzydła?

Maria Popławska dodaje:
- Jeden z członków komisji, po tym, gdy opowiedziałam co zrobiłam stwierdził, że przewiduje rychły upadek tej instytucji. Czułam się tak, jakby ktoś dał mi w twarz.
Ona sama, godząc obowiązki dyrektorki i instruktorki zorganizowała 16 imprez recytatorskich o charakterze miejskim. Do tego należy dodać zajęcia i konkursy organizowane przez jej pracowników. W sumie w ciągu roku przez OPP nr 2 przewinęło się około czterysta dzieciaków, mogących w ten sposób rozwijać swoje zainteresowania!
Obrady komisji konkursowej są tajne. Po niedawnych zmianach ministerstwa edukacji zasiada w niej dwanaście osób. Rada Pedagogiczna ma dwóch przedstawicieli, podobnie Rada Rodziców. W komisji zasiada również trzech radnych, trzech przedstawicieli Kuratorium Oświaty oraz związków zawodowych. Aby konkurs został rozstrzygnięty, osiem osób musi być “za”. W konkursie M. Popławska była jedyną kandydatką. Wcześniej stanowisko dyrektora piastowała przez rok.

- Przy takim składzie komisji miasto ma niewiele do powiedzenia – mówi rzecznik magistratu, Marek Jarzębowski. – W sytuacji, gdy konkurs nie został rozstrzygnięty, po 15 sierpnia zostanie wybrana osoba, która będzie jedynie “pełniącą obowiązki”.

- Czy byłabym gotowa jeszcze raz podjąć się tego zadania? Na pewno nie, gdyby dano mi taką możliwość jedynie na rok. To za krótki okres, by wykrzesać z dzieci to, co najlepsze i próbować zorganizować pracę placówki tak, by dobrze wszystkim służyła. Co innego kadencja trzy, czteroletnia – dodaje Maria Popławska.

Autor artykułu: (jh)

Kamilki dla serdecznych

July 12th, 2002

Po raz drugi osoby pracujące społecznie na rzecz bliźnich i swego miasta zostaną uhonorowane statuetkami św. Kamila, patrona miasta. Tym razem trafią one do trzech osób indywidualnych, jedna nagroda jest natomiast zbiorowa.
Kapituła postanowiła przyznać statuetki: ks. Eugeniuszowi Plichcie z parafii św. Macieja, dr Felicji Pietraszkowej – pomocnej wszystkim osobom chorym na cukrzycę i prof. Witoldowi Żdanowiczowi – fizykowi, montekasińczykowi, autorowi książki “Śląsk pamięci Monte Cassino”. Zbiorową nagrodę otrzyma natomiast działające od dziesięciu lat “Hospicjum domowe”.

Nagrody zostaną wręczone w najbliższą sobotę o godz. 11. w Muzeum Górnictwa Węglowego. Dzień później w kościele św. Kamila odprawiona zostanie msza św. w intencji miasta.

Autor artykułu: (jh)

Rowerami na drugą półkulę

July 12th, 2002

Wszystkie opisy i zdjęcia Wyspy Południowej Nowej Zelandii na jakie się natknęliśmy utwierdzają nas w przekonaniu, że po wizycie na Islandii będzie to kolejna podróż, którą zapamiętamy do końca życia. Tym bardziej uparliśmy się, że musimy tam dotrzeć, gdy znaleźliśmy gdzieś słowa Billa Clintona, który stwierdził, każdy człowiek, gdy jest młody marzy o znalezieniu cudownego miejsca, w którym łączą się ze sobą piękne góry, zapierające dech w piersi wybrzeża, nieskazitelnie czyste jeziora i zdumiewająca przyroda. Były prezydent dodał jeszcze, że większość ludzi musi się jednak poddać w swych poszukiwaniach, bo nigdy nie dociera do Nowej Zelandii – mówi zabrzanin Andrzej Macha, który razem z przyjaciółmi, Adamem i Markiem Wyrozumskimi z Rudy Śląskiej wybiera się w “podróż życia”.

Na Wyspę Południową Nowej Zelandii rowerzyści wybierają się pod koniec tego roku. W niecałe dwa tygodnie chcą przejechać ponad 2 tysiące 550 kilometrów, dziennie pokonując około dwustu kilometrów. Aby dostać się do Nowej Zelandii muszą dotrzeć na drugą stronę kuli ziemskiej, pokonując kilkanaście stref czasowych (różnica w stosunku do Polski wynosi trzynaście godzin). Sama podróż samolotem trwa kilkadziesiąt godzin.

- Po przybyciu na miejsce czeka nas podróż przez potężne góry, przy czym, biorąc pod uwagę bardzo niewielką odległość od oceanu, są to, w ujęciu bezwzględnym jedne z najwyżej wznoszących się szczytów. Dla nas oznaczać to może tylko jedno: wspinaczkę… Poza tym należy liczyć się z kaprysami tamtejszej pogody i bardzo dużą rozpiętością temperatur. Kraj ten, a w szczególności Wyspa Południowa należy do jednego ze słabiej zaludnionych krajów na świecie, a większość terenów jest po prostu bezludna! – dodaje Andrzej Macha.

Rowerzyści w ubiegłym roku w ciągu dziewięć dni zwiedzili Islandię, pokonując na rowerach trasę o długości około 1500 kilometrów. Nim jednak to nastąpi, za niecałe dwa tygodnie chcą pokusić o pokonanie pięćsetkilometrowej pętli wokół Polski. Wyczyn ten można traktować w kategoriach próby bicia rekordu.

- W ciągu doby mamy zamiar przejechać 500 kilometrów bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, czyli bez udziału wozów technicznych. Porównaliśmy to z innym rekordem, ?bitym? niedawno w Człuchowie. Rowerzyści pokonali wówczas 700 kilometrów w ciągu 40 godzin, mieli jednak wsparcie z zewnątrz. My natomiast chcemy przejechać 500 kilometrów w czasie około dwudziestu godzin, dodając do tego jeszcze trzy, cztery godziny na spożycie posiłku – wyjaśniają rowerzyści.

Trasa prowadzić będzie z Zabrza przez Olesno, Wieluń, Sieradz, Turek i z powrotem przez okolice Bełchatowa, Radomsko i Myszków do Zabrza. Na co dzień Andrzej Macha i Andrzej Wyrozumski są pracownikami działu marketingu Zabrzańskich Zakładów Mechanicznych. Najmłodszy uczestnik wypraw, Marek Wyrozumski studiuje jeszcze na Uniwersytecie Śląskim.

Autor artykułu: (jh)

Weekend w parku

July 11th, 2002

Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku już po raz siódmy zaprasza do wzięcia udziału w cyklicznych imprezach pt. ,Biegaj w Parku”, ,Rowerem po Parku” oraz ćwiczeniach Tai Chi. W sobotę o godz. 9 spod Pelikanów na trasę wyruszą biegacze, a godzinę później rozpocznie się kolejny rajd rowerowy. Na uczestników czekają nagrody niespodzianki. Miłośnicy harmonii umysłu i ciała mogą uczestniczyć w treningu Tai Chi. Zajęcia rozpoczną się o godz. 11 na terenie Rosarium. Udział może wziąć każdy, bez względu na wiek i sprawność fizyczną.

Autor artykułu: (MP)

Siedem na siedem

July 11th, 2002

Klub Sportowy ,Kolejarz 24″ postanowił, że otworzy swoje boiska przez lato dla chłopców, którzy lubią kopać piłkę i nie wyjeżdżają na wakacje. Codziennie od godz. 13 do 16 trwa tu swoisty turniej dzikich drużyn, czyli podwórkowych – stworzonych na czas tej rywalizacji. Często ich skład ulega zmianie, bowiem niektórzy zawodnicy wyjeżdżają na wakacje, a inni wracają. Do tej pory w meczach turniejowych wzięło udział 162 zawodników.

- Staraliśmy się rozpropagować naszą akcję, głównie w okolicznych trzech szkołach podstawowych nr 17, 18 i 19, ale pograć przychodzą także starsi chłopcy. Drużyny składają się z siedmiu zawodników i przybierają dość ciekawe nazwy. Zwykle chłopcy grają na połowie normalnego boiska w systemie pucharowym, bowiem inaczej nie zdążylibyśmy przez trzy godziny rozegrać wszystkich meczów. Był taki dzień, kiedy musieliśmy równolegle rozgrywać dwa spotkania, na dwóch połowach naszego boiska, bo do turnieju stanęło aż 9 zespołów – wyjaśnia Marcin Zieliński, koordynator akcji w ,Kolejarzu 24″.

Wczoraj z powodu upału na boisku przy pl. Alfreda stawiły się tylko cztery drużyny, które grały ze sobą systemem każdy z każdym. Tym razem także najlepsi okazali się piłkarze z FC ,Wągliki”. Do najczęściej przychodzących tu zespołów należą oprócz FC ,Wąglików” także Smerfy, FC ,Wełnowiec”, WNC oraz ,Cukry”. Chłopcy nie mają takich samych strojów, ale za to dużo zapału i chęci walki. Właśnie zakończone Mistrzostwa Świata spowodowały, że zainteresowanie najmłodszych kopaniem piłki znacznie wzrosło oraz rozbudziło nadzieję na sukces. Jednakże trenerzy sekcji piłki nożnej najbardziej interesują się chłopcami z trzeciej, czwartej klasy, bowiem działająca w klubie sekcja szuka młodych talentów. 10, 11 lat to dobry wiek, aby rozpocząć naukę gry w piłkę nożną.

- Turniej dzikich drużyn jest tak pomyślany, aby była to dobra zabawa dla młodych piłkarzy. My każdego dnia spisujemy wyniki i notujemy rezultaty spotkań, bowiem pod koniec wakacji, kiedy będziemy zamykać turniej najlepsze drużyny z pewnością wyróżnimy nagrodami, może będą też puchary. Cieszy nas również, że w pobliskiej SP nr 17 od przyszłego roku będzie stworzona klasa sportowa, w której dziewczyny będą trenowały szermierkę, a chłopcy piłkę nożną. To też będzie dobre zaplecze dla klubu – dodaje trener Zieliński.

Autor artykułu: (BL)

Potrzeba krwi

July 11th, 2002

Długie kolejki ustawiały się wczoraj przy parkującym na rynku ambulansie Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Katowicach. Mieszkańcy miasta zareagowali bowiem na dramatyczny apel Centrum o pomoc w uzupełnieniu zapasów krwi. Od początku wakacji zasoby cennego płynu stale maleją. W niektórych ze śląskich szpitali z tego powodu musiano przesuwać już terminy zabiegów.

- Lato zawsze jest dla nas trudne ponieważ stali dawcy rozjeżdżają się na wakacje. Tymczasem liczba zabiegów, a tym samym zamówień składanych u nas przez szpitale właśnie w wakacje rośnie. Próbujemy nadrobić braki organizując dodatkowe wyjazdy naszego ambulansu – wyjaśniała Zdzisława Pałetko-Sołtysek, kierownik działu ekip wyjazdowych RCKiK.

W Katowicach podczas jednego ,postoju” specjalistycznego autokaru zbieranych jest około 40 litrów krwi. Równocześnie na fotelach krwiodawców zasiąść mogą cztery osoby. Z reguły nie trzeba czekać. Wczoraj jednak akcja cieszyła się wyjątkowym powodzeniem.

- O kłopotach Centrum przeczytałam w prasie. Krew oddawałam już kilka razy i nie wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji mogłabym pozostać obojętna – zaznaczała stojąca na końcu kolejki przyszłych krwiodawców Ewa Kozłowska.

Autor artykułu: (mru)